Jakich kompetencji szuka się dziś w branży medialnej?

Internet zmienił media w sposób nieprawdopodobny. Dziś każdy może zostać dziennikarzem, ale czy każdy powinien? O tym, jak wygląda praca w branży medialnej od kuchni, z jakimi wyzwaniami mierzą się dziennikarze i czy warto zaczynać karierę w mediach opowiada z Tomasz Ćwiąkała, który od lat komentuje największe piłkarskie wydarzenia i prowadzi jeden z najpopularniejszych kanałów o tematyce piłkarskiej na polskim YouTube. „Jeśli chcesz się przebić, musisz nauczyć się języków, wyrobić kontakty, obejrzeć tysiące meczów” – mówi wprost.
Spis treści
Jakie są realia dziennikarstwa sportowego i czy praca w mediach pozwala na work-life balance? O tym, jak wygląda zawodowa codzienność komentatora sportowego opowiada Tomasz Ćwiąkała, który od ponad dekady relacjonuje to, co dzieje się w piłce nożnej w Polsce i na świecie.
Joanna Tracewicz: Jak wygląda rynek mediów z perspektywy osoby, która jest w branży od lat? Jakie zmiany obserwujesz?
Tomasz Ćwiąkała: Dziennikarstwo stricte piłkarskie ewoluowało w ciągu ostatnich 5 lat w takim stopniu, jakby minęło lat 50. Gdy ja zaczynałem, to było zupełnie inne dziennikarstwo. Opierało się głównie na pisaniu. Twitter dopiero raczkował, a dziś mamy nieprawdopodobną ewolucję – nawet TikTok staje się platformą dziennikarską. Wielu dziennikarzy starszej daty się obrusza i mówi „to nie jest dziennikarstwo”. Ale z drugiej strony, dziennikarstwo polega na tym, żeby trafiać do ludzi. I jeśli dziś trafiasz do nich, nagrywając vloga czy TikToki, to czym to się różni od pisania artykułu w gazecie? Różnica jest tylko taka, że artykuł przeczyta tysiąc razy mniej osób.
A jak to wszystko przekłada się na pracę dziennikarzy, szczególnie tych początkujących?
Szeregowemu dziennikarzowi, który rozpoczyna karierę w dużym portalu, może być trudno ze względu na to, że jest rozliczany przede wszystkim z klików. To może być demotywujące – czy twoje artykuły świecą się na czerwono, czy na zielono. Z drugiej strony, jeśli ktoś już się wybije ponad ten poziom, to telewizje i portale będą szukały osobowości. Ludzie muszą wiedzieć, że kiedy widzą kontent produkowany przez danego autora, warto go kliknąć. Niezależnie od tego, czy masz clickbait w tytule, czy nie.
Dobrym przykładem osoby, która „przeszła tę grę”, jaką jest polski internet, jest Krzysztof Stanowski. Nie ma większego znaczenia, gdzie publikuje treści, ludzie i tak to włączą. A nawet jeśli coś będzie za paywallem, fragmenty i tak będą krążyć po sieci. Kiedy osiągasz taki poziom rozpoznawalności, przestaje ci się opłacać współpraca z dużymi mediami – wolisz działać na siebie i samemu czerpać korzyści ze swoich wyświetleń, niż dzielić się z pośrednikiem.
To jest jednak jeden z niewielu takich przykładów. Nie każdemu będzie dane zrobić podobną karierę.
Dlatego młodym osobom, które chcą wejść do branży, polecam dwie równoległe drogi. Pierwsza to telewizja. Warto zdobyć know-how, nauczyć się jak montować materiały, jak umawiać gości, jak wygląda produkcja programu. W ciągu roku czy dwóch lat stażu można zdobyć gigantyczną wiedzę. A druga droga to rozwijanie własnych treści, nawet w krótkich formach. Jeśli jesteś na jakimś wyjeździe czy wywiadzie, zrób z tego TikToka, nagraj kulisy. Nigdy nie wiesz, co ci „odpali” i da półtora miliona wyświetleń. A jak przebijesz już pewną bańkę, to znaczy, że dałeś się poznać. W mediach trzeba dziś budować własną markę.
A czy w tej branży można mieć work-life balance? Jak to wygląda u ciebie?
Odpowiedź brzmi krótko – nie. Zawsze miałem problem ze znalezieniem właściwych proporcji, o co żona też ma do mnie pretensje. Czasami staram się robić za dużo, nawet gdy pewna norma jest już wykonana. Kiedyś usłyszałem, że z tych trzech rzeczy – work, life i balance – można mieć tylko dwie. W moim przypadku jest trochę work, trochę life, bo z synem spędzam bardzo dużo czasu, ale z balansem mam problem.
To nie jest praca, którą można wykonywać od 8:00 do 16:00. Jesteśmy cały czas „w pracy”. Nawet gdy wracam z przedszkola po odwiezieniu syna, słucham podcastu o lidze hiszpańskiej. Robię to dla przyjemności, ale jednocześnie są to rzeczy, które wykorzystuję zawodowo. Jeśli chcesz się przebić, musisz dużo pracować, nauczyć się języków, wyrobić kontakty, obejrzeć tysiące meczów.
Brak work-life balance i bycie głową cały czas w pracy. To jest najtrudniejsze w twoim zawodzie?
Największym wyzwaniem jest godzenie wszystkich obowiązków i zachowanie koncentracji. Weźmy na przykład wyjazd na mecz Ligi Mistrzów. Kiedyś komentator po prostu leciał skomentować mecz. Dziś? Lecisz dzień wcześniej, idziesz na stadion, nagrywasz dwa wywiady i wejście do programu. Następnego dnia nagrywasz intro do studia, wejścia do kilku programów, materiał z murawy. Potem komentujesz mecz, a po nim nagrywasz komentarz z trybuny. Na koniec schodzisz do strefy wywiadów i robisz jeszcze trzy rozmowy. Wokół jednej transmisji robisz czasem 8-10 różnych rzeczy.
Do tego dochodzi umiejętność błyskawicznego przestawienia się. Zgłaszasz do UEFA, że chcesz porozmawiać z gwiazdami pokroju Mbappé czy Bellingham, a dostajesz ukraińskiego bramkarza Łunina. Nie masz czasu na przestawienie się – musisz od razu przeprowadzić profesjonalny wywiad. Po takich meczach, kiedy wracam do hotelu po całym dniu, przez pierwszą godzinę nie mam ochoty z nikim rozmawiać.
Teraz ktoś będzie mógł przekonać się, jak twoja praca wygląda od kuchni. Ogłosiłeś ofertę pracy jak ze snu, w którym wygrany spędzi z tobą dzień. Co planujesz?
Osoba, która wygra pracę jak ze snu, spędzi ze mną dzień, podczas którego przeprowadzę wywiad z kimś znaczącym w polskiej piłce – może to być piłkarz albo trener, ale tego jeszcze nie zdradzę. Wcześniej będzie musiała przygotować research, czyli wstępne pytania i kwestie, które chciałaby, żebym poruszył podczas rozmowy z gościem. Przestudiujemy je razem, podzielę się swoim feedbackiem, co może być przydatne, a na co szkoda tracić czas. Potem pojedziemy na wywiad. Zwycięzca konkursu będzie mógł obserwować cały proces z bliska, siedząc na kanapie obok nas w studiu. Po wywiadzie wybierzemy się na obiad, gdzie porozmawiamy o tym, jak to wszystko wygląda od kuchni. Mogę podzielić się swoim doświadczeniem, opowiedzieć, jak postrzegam dziennikarstwo. A ta osoba może mi powiedzieć, co z jej perspektywy – widza albo potencjalnie przyszłego dziennikarza – trafia do niej w mojej pracy, a co nie. Zależy mi na prawdziwej wymianie doświadczeń i informacji zwrotnej.
To może być naprawdę ciekawe doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś, kto sam jest zainteresowany pracą w mediach. Jak myślisz, jaki zestaw cech jest konieczny, żeby zrobić w tej branży karierę?
Kluczowa jest wszechstronność. Trzeba umieć napisać artykuł, skomentować mecz, wystąpić w programie radiowym, poprowadzić wywiad, być może coś zmontować. Ważna jest też odporność na stres – często zdarzają się sytuacje, gdy pracodawca dzwoni: „Słuchaj, kolega się rozchorował, ktoś musi skomentować ten mecz”. Musisz mieć w sobie tę gotowość i na tyle doświadczenia, że nawet jeśli jesteś mniej przygotowany, zrobisz to na przyzwoitym poziomie.
Ważna jest też znajomość języków obcych. Powinno się znać minimum dwa języki obce. Jeśli ktoś pracuje w dziennikarstwie sportowym i nie zna angielskiego, to jest mega słabe i mówię o tym wprost moim kolegom.
Sam znasz kilka języków?
Znam hiszpański, portugalski i włoski na poziomie komunikatywnym – mogę przeprowadzić wywiad, gdy się do niego przygotuję. W gimnazjum i liceum uczyłem się też niemieckiego, ale niestety to wyparowało ze względu na brak sympatii do tego języka.
Pytanie, czy w ogóle warto dziś zaczynać karierę w mediach? Zwolnienia, zamykające się tytuły, doniesienia o mobbingu nie napawają optymizmem.
Mam sporo przemyśleń na ten temat. Jeśli ktoś myśli o karierze w mediach, to poleciłbym, jak już wspomniałem, zacząć od telewizji, bo wiele z umiejętności, które tam można posiąść przydaje się w budowaniu własnej marki w sieci. W Canal+ widziałem mnóstwo osób, które zaczynały jako pomocnicy, a później stawały się dziennikarzami. Odradzałbym natomiast rozpoczynanie kariery od gigantycznego portalu. Tam jako szeregowy pracownik możesz być sfrustrowany, bo nawet jeśli masz ambitny plan na fajny temat czy artykuł, musisz przede wszystkim „wyrabiać wyświetlenia”. To może być naprawdę demotywujące. Widzę, że wielu dziennikarzy, którzy nie robili rzeczy odbijających się wielkim echem, rezygnowało i przechodziło na przykład do marketingu i PR-u.
Sam miałem to szczęście, że pracowałem w miejscach, gdzie nie dochodziło do poważnych nadużyć. Ale kiedy zaczynałem pracę i spotykałem dziennikarzy starszej daty, 60-letnich – niektórzy już nie żyją – to byli ludzie, którzy mieli zupełnie inny sposób bycia. Gdy cię krytykowali albo zwracali ci uwagę, szła taka wiązanka, że wiele osób mogłoby psychicznie nie wytrzymać. Może moje podejście nie było właściwe, ale przyzwyczaiłem się i machałem na to ręką. Wiedziałem, że jeśli dostanę taką wiązankę, to nie znaczy, że ta osoba mnie nienawidzi – niestety, przez lata taki był sposób „motywacji”. Choć fakt, że się na to godziłem, też nie był dobry, bo szacunek powinien obowiązywać zawsze.
Z rozmów z kolegami z branży widzę, że po głośnych aferach wiele osób się uspokoiło. Nawet ci, którzy może nie doprowadzali do mobbingu, ale pozwalali sobie na niewybredne żarty, dziś bardziej uważają. Bo wiedzą, że to może zakończyć się „samobójstwem zawodowym”. Co ważne, wiele spraw jest teraz załatwianych wewnątrz redakcji. I to są sytuacje, które 15 lat temu nawet nie zostałyby zauważone – pracodawca mógłby powiedzieć „co ty chłopie gadasz, nie marnuj mojego czasu”. A dziś prawa pracownika i jego dobrostan są znacznie ważniejsze.
To prawda, młodzi chcą wnieść do pracy nowe standardy. Jak bardzo zmieniło się podejście do pracy w mediach przez te lata? I czy – twoim zdaniem – na lepsze, czy na gorsze?
Widzę ogromną różnicę między moim pokoleniem a młodszymi dziennikarzami. Gdy ja i moi rówieśnicy (rocznik ’89 – przyp.red.) dostawaliśmy w pracy dodatkowe zadania, to było „Super! Wykażę się, a może szef sam zaproponuje mi podwyżkę”. A dzisiejsi dwudziestoparolatkowie podchodzą do tego inaczej: „Okej, zrobię to, ale proszę mi podnieść pensję”. I to nie jest większa roszczeniowość – to jest większa świadomość swojej wartości i dbanie o sprawiedliwość. Jeśli mam robić więcej, to proszę tę pracę odpowiednio wycenić. Oczekiwania co do tego, jak ma wyglądać praca, bardzo wzrosły. I to dobrze, bo praca nie powinna być tylko odbębnieniem ośmiu godzin przy biurku.
Myślę, że młodzi lepiej dbają o siebie. Moje pokolenie nie do końca potrafiło o siebie zawalczyć. Sam widzę po sobie takie opory, gdy przychodzi do negocjacji czy rozmów o pieniądzach. Młodzi mają mniej tego typu obaw. I dobrze, bo kiedyś system był taki, że jak dostawałeś dodatkowe zadania, to miałeś być wdzięczny za szansę. A dziś wiele osób rozumie, że praca to jest wymiana – daję swoją wiedzę i czas, a w zamian otrzymuję odpowiednie wynagrodzenie.
Dziennikarstwo sportowe cieszy się większym zainteresowaniem niż inne dziedziny?
Tak, choć może dziennikarstwo polityczne budzi równie duże zainteresowanie. Dziennikarstwo sportowe jest specyficzną dziedziną – łączy pasję z pracą, możliwość bycia blisko wielkiego sportu z profesjonalnym rozwojem. Ale warto pamiętać, że to nie jest już ta sama branża co kiedyś. Gdy ja zaczynałem, to dziennikarstwo piłkarskie w internecie bardzo mocno się rozpędzało i siłą rzeczy potrzebni byli nowi ludzie. Do tego powstała telewizja Orange Sport, która postawiła na młode osoby – prawie wszystkie do dziś funkcjonują jako komentatorzy. Mieliśmy więc taki naturalny zbieg okoliczności: nowe media internetowe plus nowa telewizja, która dała szansę młodym.
Jeśli ktoś chce dziś wejść do dziennikarstwa, to sport wciąż daje więcej możliwości niż inne dziedziny. Tu możesz być komentatorem, reporterem, analitykiem, vlogerem, możesz prowadzić programy czy robić wywiady. To jest bardzo pojemna formuła, która daje dużo przestrzeni do rozwoju. A poza tym masz stały dopływ tematów – zawsze jest jakiś mecz, transfer czy ciekawa historia do opowiedzenia. W innych dziedzinach dziennikarstwa czasem musisz te tematy bardziej „wykopywać”.
Jak radzisz sobie z sympatiami piłkarskimi w pracy? Czy dziennikarz sportowy może sobie pozwolić na bycie kibicem?
Często zarzucają mi, że jestem kibicem Realu Madryt albo Barcelony, bo co tydzień komentuję te drużyny. Przeglądam te opinie i czasem mnie to nawet bawi. Ale jeśli chodzi o prawdziwe sympatie, to nigdy nie ukrywałem, że zawsze kibicowałem Wiśle Kraków. Na tym klubie się wychowałem, mieszkałem w Krakowie, znałem się prywatnie z wieloma piłkarzami Wisły.
Niedawno robiłem wywiad z prezesem Cracovii i na forum kibicowskim przetoczyła się dyskusja, czy on w ogóle powinien ze mną rozmawiać, skoro jestem „zadeklarowanym kibicem Wisły”. A potem ci sami kibice przyznali, że w wywiadzie nie było tej sympatii widać. Bo gdy pracujesz jako dziennikarz, to po prostu skupiasz się na merytoryce. Gdy komentujesz mecz, widzisz piłkarza z numerem 15, a nie reprezentanta klubu, któremu kibicujesz.
A jak wygląda kwestia oceny gry piłkarzy? Czy łatwo zachować obiektywizm, gdy zna się ich osobiście?
Wielokrotnie, komentując mecze Barcelony czy nagrywając filmiki o jej meczach, kiedy Robert Lewandowski był w słabej formie, mówiłem o tym wprost. Zastanawiałem się nawet, czy jego otoczenie to śledzi i czy się nie obrazi. Bo jeśli zwracasz uwagę na to, że jakiś piłkarz gra słabo od jakiegoś czasu, to musisz pamiętać, że piłkarze jako grupa społeczna są dość podatni na to, żeby się obrażać.
Wiele razy się na ciebie obrazili?
Oczywiście, że tak! (śmiech) Ale wychodzę z założenia, że moim pracodawcą nie jest piłkarz, tylko kibic. Jeśli kibic zauważy, że Lewandowski gra słabo w kilku kolejnych meczach, a ja będę uprawiał narrację, że wcale tak nie jest, to stracę wiarygodność. Co więcej, jeśli piłkarz gra słabo i wie, że gra słabo, a widzi dziennikarza, który tak czy inaczej go chwali i nigdy nie skrytykuje, to szczerze mówiąc, ja na miejscu takiego piłkarza nie szanowałbym takiego dziennikarza.
Nigdy nie miałem aż tak bliskich przyjaźni z piłkarzami, żeby to mnie jakoś szczególnie dotykało. Czasami w tej branży jest tak, że na przykład jakiś trener ląduje na bezrobociu i rozpoczyna pracę jako komentator sportowy. Siłą rzeczy spotykamy się w studiu, jeździmy razem na wyjazdy, idziemy na obiad czy kawę i nawiązuje się nić koleżeństwa. Ale staram się tak do tej pracy podchodzić, żeby nikt nie miał do mnie pretensji.
Nie rozwalamy nikomu biznesów, nie odkrywamy afer, nie wpływamy na politykę danego kraju. Nawet jeśli jakiś piłkarz się obrazi za krytykę słabego meczu, to zazwyczaj po jakimś czasie ta obraza mija.
A czy po tylu latach w branży nie tracisz radości z oglądania meczów?
Nie, na szczęście nie, ale kiedy oglądam mecz jako komentator, uczucia schodzą na drugi plan. Muszę skupić się na analizie. Piłka nożna jest jednak takim generatorem emocji, że nie da się ich całkowicie wyłączyć. Zwłaszcza kiedy jesteś na stadionie i czujesz te wibracje. Wielokrotnie miałem okazję uczestniczyć w meczach z osobami, które nie były zainteresowane tym sportem, nie były z nim nijak związane. I nawet im trudno nie było złapać tego bakcyla.
Redaktor naczelna RocketSpace.pl
Od ponad dekady działa w mediach. Publikowała w "Polityce", "VICE" czy "Dzienniku Zachodnim". Przez wiele lat pełniła funkcję szefowej serwisu Rozrywka.Blog w Grupie Spider's Web. Na bieżąco śledzi trendy społeczne i wiadomości popkulturowe. W myśl tego, że "wszystko jest połączone", interesuje ją interdyscyplinarne podejście do zjawisk.
Komentarze